Rozdział 24: Los

0 | Skomentuj
**Ho**

Próbowałem jakoś myśleć pozytywnie. Jednak stan Tony’ego wciąż nie ulegał poprawie. Nawet mieszanki zawodziły. Victoria pobrała trochę krwi i zaczęła w jakiejś maszynie tworzyć tkankę. Pierwszy raz to widziałem na własne oczy. Potrafiła wyczarować rozwiązanie z niczego. Wspaniała nauka. No i też przyjaciółka. Przygotowałem specjalny defibrylator do włączenia rozrusznika.

Dr Yinsen: Jeśli Tony wzorował ten rdzeń na moich schematach, to uderzenie o średniej mocy załatwi sprawę.
Dr Bernes: A jeśli nie?
Dr Yinsen: Wtedy zostanie nam przekazanie złych wieści.
Dr Bernes: Tkanka się tworzy, więc spróbujmy go jakoś ustabilizować.
Dr Yinsen: Mieszanki nie działają.
Dr Bernes: No to będziemy strzelać.

Wyjęła urządzenie, przykładając elektrody do klatki piersiowej. Odsunąłem się na dźwięk ostrzegawczy, aż nastąpiło pierwsze wyładowanie. Bezskutecznie.

Dr Yinsen: Ten wspomagacz i tak nie działa. Może jak go teraz usuniemy, to coś się zmieni.
Dr Bernes: Nie zaszkodzi spróbować.

Stwierdziła z powagą. Ostrożnie usunęliśmy zepsuty zasilacz, odrywając od skóry. Położyliśmy go z boku. Dobrze, że to nie była prawdziwa tkanka, a plaster energetyczny.

Dr Yinsen: To jeszcze raz?
Dr Bernes: Wal.

Zwiększyła siłę uderzenia, aż nastąpił drugi strzał. Zerknąłem na kardiomonitor przy chłopaku. Zapisy były dość chaotyczne. Skakały w górę i dół do momentu drastycznego spadku funkcji życiowych.

Dr Yinsen: Długo ci jeszcze zajmie robienie tkanki?
Dr Bernes: Momencik.

Popatrzyła na maszynę co robiła coś na rodzaj tkania. Według liczb na wyświetlaczu proces prawie został ukończony. Odczekaliśmy minutę i można było ją wyjąć.

Dr Bernes: Jak prawdziwa, prawda?
Dr Yinsen: Naprawdę mnie zdumiewasz swoimi wynalazkami. Chcę taki na Święta.
Dr Bernes: Do grudnia daleko, Ho.

Zaśmiała się, wyjmując stworzoną część za szczypce. Położyła to w miejscu dziury. Byłem w szoku. Tkanka samoistnie wszczepiła się do oryginalnej skóry. Bez zszywania. Mimo wszystko, odczyty nadal spadały. Do uszu dotarł pisk. Nie czekałem na reakcję. Przystąpiłem do masażu serca.

**Rhodey**

Usłyszałem niepokojący dźwięk z pomieszczenia medycznego. Bałem się, bo to były chwile grozy. Doświadczałem strachu na własnej skórze. Na przemian z mamą traciliśmy grunt pod nogami, lecz próbowaliśmy jakoś być silni dla Tony’ego. Musiał wiedzieć, że w tej trudnej walce mógł liczyć na naszą pomoc.

Rhodey: To już trzecia godzina. Nadal nic nie wiemy.
Roberta: Wiem, James. Musimy czekać, chociaż tak naprawdę nikt tego nie chce.
Rhodey: Lekarka mówiła o zapobiegnięciu tragedii. Czy ona… Czy ona myśli, że Tony… umrze?
Roberta: Jeśli nie chcemy, żeby tak się stało, przestańmy o tym myśleć.

**Victoria**

Podałam adrenalinę, żeby jakoś zmusić serce do działania. Jednak coś tu nie pasowało. Co chwilę zamienialiśmy się, ponawiając schemat.

Dr Bernes: Cholera! Czemu… to… nie działa?
Dr Yinsen: A ja mam wiedzieć? Widocznie ma dość.
Dr Bernes: Ho?

Popatrzyłam na niego przerażona. Na podłodze leżała pusta strzykawka, a obok niej fiolka. Podniosłam ją, patrząc na nazwę.

Dr Bernes: Czy… Czy to jest to co ja myślę?
Dr Yinsen: Victorio…

Wstałam i miałam ochotę na niego nakrzyczeć, lecz szybko poszukałam w torbie odpowiedniej mieszanki. Wprowadziłam substancję do krwiobiegu. Po kilku minutach pojawiła się zmiana. Puls był, lecz słaby.

Dr Bernes: Coś ty chciał zrobić?!

No i wybuchłam na niego złością. Musiał mu to podać jak na chwilę straciłam czujność.

Dr Bernes: Idę po Rhodey’go. Zastąpi cię.
Dr Yinsen: To jeszcze dziecko!
Dr Bernes: Nie chcę patrzeć, jak go zabijasz i niszczysz przy tym siebie. Idź i ochłoń.
Dr Yinsen: Przepraszam cię.
Dr Bernes: To nie żadne „przepraszam”. Weź się w garść, do cholery!

Nalegałam, a on po prostu stał jakby był z kamienia. Wyprowadziłam przyjaciela z sali, biorąc Rhodey’go ze sobą. Nie pojmował co się działo, więc wyjaśniłam w skrócie z lekkim kłamstwem.

Dr Bernes: Doktor Yinsen jest przemęczony, dlatego mi pomożesz dokończyć. Krwi już nie ma, więc nie bój się.
Rhodey: Co… Co mam robić?
Dr Bernes: Będziesz patrzył na kardiomonitor i kiedy zobaczysz dziwne linie, powiesz mi. Proste, prawda?
Rhodey: Chyba… Chyba tak.
Dr Bernes: Odwagi, dziecko. Odwagi.

Uśmiechnęłam się ciepło do niego, sprawdzając czy rozrusznik wreszcie działał. Odczekałam kolejne minuty, dostrzegając silne światło z mechanizmu. Odetchnęłam z ulgą. Wreszcie jakieś postępy.

**Roberta**

To działo się tak szybko. Rhodey zniknął z lekarką, a lekarz jedynie usiadł załamany obok mnie, trzymając się za głowę. Nigdy nie widziałam, aby wyglądał tak źle.

Roberta: Wszystko gra, doktorze?

Nie powiedział nic. Coś musiało się stać. Słyszałam poprzednie krzyki i inne niepokojące dźwięki. Jednak nie przypuszczałam co dokładnie się wydarzyło.

Roberta: Kawy?

Pokręcił głową.

Roberta: Czemu go zabrała tam? Chyba nie powinien tam być.
Dr Yinsen: Roberto, ja… Ja cię przepraszam.
Roberta: Za co?
Dr Yinsen: Chciałem… Chciałem uśmiercić Tony’ego.

Zaniemówiłam. Nie docierało do mnie nic. Zsunęłam się na ziemię, zatracając się w czerni.

Rozdział 23: Dylemat człowieczeństwa

0 | Skomentuj
**Roberta**

Siedzieliśmy z synem w milczeniu, czekając na koniec operacji. Nic nie wskazywało na to, iż szybko zobaczymy się z Tony’m. Nie znałam szczegółów, lecz wiedziałam jedno. Coś złego wisiało nad nami. Jego życie było zagrożone.

Rhodey: Mamo, wszystko gra?
Roberta: Wiesz, James. Mam dziwne przeczucie.
Rhodey: Jakie?
Roberta: Że już go nie zobaczymy.
Rhodey: Mamo, nie mów tak. Wszystko się jakoś ułoży. Nie możemy się poddawać.

Głos mi się łamał na samą myśl, że chłopak zbliżał się do swojej biologicznej rodziny, a ja nic nie mogłam zrobić. Nigdy nie czułam się tak bezsilna jak w tej chwili. Trzymałam się tej kruchej nadziei, a mimo to pojawiło się zwątpienie. Coś strasznego.

**Victoria**

Ponownie nawiązałam kontakt z Ho, próbując jakoś odwieść go od zabijania dzieciaka. Pojechałam we wskazany adres, bo to mi zdradził. Jeszcze nie wszystko stracone.

Kiedy znalazłam się na miejscu, wbiegłam do fabryki. Zaczęłam uderzać o metalowe drzwi.

Dr Bernes: Niech ktoś otworzy! Prędko!

Nie musiałam długo czekać, bo Rhodey otworzył dość przerażony przez moją obecność. Nie miałam czasu na wyjaśnienia, więc wbiegłam i szukałam sali.

Rhodey: Pani ma pomóc?
Dr Bernes: A raczej bardziej zapobiec tragedii. Gdzie oni są?

Wskazał na drzwi, które były blisko części z jakimiś narzędziami. Minęłam się z panią Rhodes, wchodząc do środka. Pojawiłam się na czas. Ubrałam się w rękawiczki, chwytając za jego nadgarstki, aby nie próbował czegoś głupiego.

Dr Bernes: Hej. Popatrz na mnie, Ho. Nie pierwszy raz go operujesz, a w twoich rękach nikt nie zginął. Musisz wziąć się w garść i dać mu szansę żyć.
Dr Yinsen: On i tak już cierpi. Chcę mu ulżyć w agonii.
Dr Bernes: Agonii?
Dr Yinsen: Gdybyś widziała jego twarz po wypadku. To jak mówił oraz co chciał przekazać innym. Te czarne myśli. On… On dał mi do zrozumienia, że skazałem go na największy ból, który mógłby człowiek doświadczyć.
Dr Bernes: Ho…
Dr Yinsen: Nie chcę, żeby miał mi za złe, bo to ja skazałem go na implant. Tylko ja.
Dr Bernes: Nie jesteś sam. Pamiętaj. Jestem tu.

Usiłowałam pozbyć się tego pesymizmu z głowy przyjaciela. Bez pytania o ruch wzięłam skalpel do ręki, wykonując nacięcie. Funkcje nadal słabły. Przyjrzałam się zastępczemu rozrusznikowi. Ilość łączy zgadzała się z uszkodzonym mechanizmem.

Dr Bernes: Ja odepnę te stare, a ty w tym czasie podepniesz nowe, dobrze?
Dr Yinsen: Dziękuję, Victorio.
Dr Bernes: Zawsze do usług, mój doktorku.

Uśmiechnęłam się do niego ciepło, przygotowując się do odpięcia. Musieliśmy odpowiednio się ze sobą synchronizować. Jeden za drugim.

Dr Bernes: Gotowy?
Dr Yinsen: Tak.
Dr Bernes: I żadnego myślenia o zabijaniu, jasne?
Dr Yinsen: Jasne jak słońce.

Zaśmiał się co już było dobrym znakiem. Jego niebo się rozchmurzyło. Powoli dokonywaliśmy wymiany. Ledwo zamieniliśmy pierwszy kabel, a odczyty spadły.

Dr Bernes: Bez paniki. Spokojnie.
Dr Yinsen: Powiesz mu o tym?
Dr Bernes: O czym? Że chciałeś mu ulżyć w cierpieniu w zły sposób? Nie powiem. Masz moje słowo.

Chwyciłam przyjaciela za wolną rękę, dodając otuchy. Wzięliśmy się za następne kable. Ponownie pojawiły się niepokojące zmiany w zapisach na kardiomonitorze. Ostatnie dwie podpięliśmy, a to mogło skończyć się w jeden sposób.

Dr Yinsen: Zaraz nam się zatrzyma. Tego chciałaś?!
Dr Bernes: Ho, bez nerwów. Zaraz coś na to poradzimy.

Wstrzyknęłam substancję na unormowanie bicia serca.

Dr Bernes: Wkładamy.
Dr Yinsen: A wspomagacz?
Dr Bernes: Powoli, bo potem naprawdę coś namieszamy.

Mówiłam w miarę opanowanie, lecz z uwagą obserwowałam zachowanie Ho. Bałam się, że mógł po kryjomu coś podać.

Dr Bernes: Ma za mało krwi. Potrzebne więcej jednostek.
Dr Yinsen: No i tego nie wyczarujemy.
Dr Bernes: Znam osobę, która ma taką samą grupę.
Dr Yinsen: Kto taki?
Dr Bernes: Virgil Potts, ale ściągnę go potem. Najpierw wstawmy nowy rozrusznik i zaszyjmy rany. Krew uzupełnimy w szpitalu.
Dr Yinsen: O ile dożyje transportu.

Znowu jego umysł pokryły czarne chmury zwiastujące katastrofę. Jednak miał rację. Tony w każdej chwili mógł znaleźć się na tej cienkiej granicy, gdzie życie toczy bitwę ze śmiercią.
Po wstawieniu nowego mechanizmu do podtrzymania życia, Ho zajął się szwami. To była większa dziura niż poprzednio. No i tu pojawił się następny kłopot.

Dr Bernes: Nie zaszyjemy tego zwykłymi nićmi.
Dr Yinsen: Dlaczego?
Dr Bernes: Za duże rany. Przydałaby się tkanka.
Dr Yinsen: Masz coś takiego?
Dr Bernes: Mogę stworzyć, ale znowu straci krew.
Dr Yinsen: Jemu już nic nie zaszkodzi.

Stwierdził z powagą, biorąc się za stabilizację odczytów, gdyż spadki były coraz częstsze. Do tego sztuczne serce nie działało. Mieliśmy bardzo pod górkę.

**Rhodey**

Po głowie chodziły mi słowa lekarki. Chce zapobiec tragedii. Co to mogło znaczyć? Czyżby zdawała sobie sprawę, że Tony nie przeżyłby tej operacji? Nie. Nie powinienem tak myśleć. Jeśli Pepper miała siły, by walczyć, to i on też. Oboje mieli swoje potyczki. Oboje walczyli o lepsze jutro.

Rozdział 22: Pozwólcie mi odejść

0 | Skomentuj
**Rhodey**

Siedziałem przed pomieszczeniem medycznym, błagając na brak komplikacji. Wiedziałem, że to mogło trwać wiele godzin, dlatego wziąłem oranżadę z automatu. Mamie podałem kawę.

Rhodey: Będzie dobrze, mamo.
Roberta: Co się dokładnie stało?
Rhodey: Nie wiem, bo… Bo chyba za długo pracowaliśmy. Był projekt z fizyki i…
Roberta: No już się nie tłumacz. O bezmyślności pogadamy sobie później. Teraz czekamy, aż skończy operować.
Rhodey: Mamo?
Roberta: Musi przeżyć.

Widziałem ten strach w jej oczach. Sam bałem się, że ostatni raz zobaczę Tony’ego w kostnicy czy na pogrzebie. Nigdy nie życzyłem mu źle, ale doktor Yinsen brzmiał tak poważnie. Siedziałem, popijając napój. Stukałem palcami o butelkę, skupiając się tylko na tym.

Roberta: Nie bój się. Ocali go.
Rhodey: Powiedział mi, że… Że może umrzeć. Mamo, gdybym wtedy…

Nie dokończyłem, gdyż zaskoczyła mnie reakcja rodzicielki. Dała swoje wsparcie przez matczyny uścisk. Powoli się uspokajałem, ale nadal bałem się czego się dowiem. Nie potrafiłbym żyć z myślą, że nie powstrzymałem Tony’ego. Mogłem coś zrobić, a ja tylko zgodziłem się na szaleństwo. W imię czego? W imię sprawiedliwości dla Pepper. Próbowałem dać bratu siły przez samą obecność.

Rhodey: Tony, błagam cię. Nie zostawiaj nas.

**Ho**

Odważyłem się na pierwsze cięcie skalpelem. O dziwo nie pojawiły się żadne zmiany w zapisie funkcji życiowych. Z Victorią na słuchawce kontynuowałem operację. Robiłem to bardzo ostrożnie, aż mogłem wyjąć implant na zewnątrz. Powoli wysuwałem go. Pozostała kwestia zamiany.

Dr Bernes: Pozbądź się wspomagacza, ale bez pośpiechu.
Dr Yinsen: Serce się zbuntuje.
Dr Bernes: Ja wiem, ale musisz jak najszybciej zamienić rozrusznik na nowy. Tak w ogóle, co to za mechanizm?
Dr Yinsen: Coś jak rdzeń. Tony to wynalazca, pamiętasz?
Dr Bernes: Mądry dzieciak.
Dr Yinsen: Nawet nie wiesz jak bardzo.

Prawie wygadałbym się o Iron Manie, lecz przez obecną sytuację szybko zamknęła się gęba. Przyjrzałem się źródle mocy.

Dr Yinsen: Mamy problem, Victorio.
Dr Bernes: Co się dzieje? Zatrzymał się?
Dr Yinsen: Nie! Ten rdzeń jest za wielki.
Dr Bernes: No to musisz powiększyć nacięcie.
Dr Yinsen: Dwa centymetry więcej? Nie mam krwi w zapasie!

Po raz pierwszy wpadałem w panikę. Dziwne uczucie.

Dr Bernes: Ho, głęboki wdech i wydech. Dasz radę. Najważniejsze, że masz leki, defibrylator i…
Dr Yinsen: Nowy rozrusznik. Wiem o tym.
Dr Bernes: Hej! Jestem z tobą. Fakt, że tylko przez telefon, ale pomyśl o tym w taki sposób.
Dr Yinsen: Niby jaki?
Dr Bernes: Pierwszy raz zaufasz technologii Tony’ego.

Miała rację. To akurat było też ciekawe doświadczenie. Oby tylko wszystko poszło jak z płatka. Wziąłem ostrzejszy skalpel, wykonując większe nacięcie. Do moich uszu dotarł pisk kardiomonitora. Odczyty zaczęły drastycznie spadać.

Dr Yinsen: Jasna cholera!
Dr Bernes: Opanujesz to. Musisz sprawnie w tym samym momencie zamienić mechanizmy.
Dr Yinsen: No nie powiem. Uspokoiłaś mnie.

Poczuła tę ironię w głosie i zamilkła. Podałem odpowiednie leki.

**Victoria**

Na moment wyciszyłam przyjaciela, gdyż do sali wszedł ojciec Pepper. Nie spodziewałam się, że ponownie się zjawi. Podeszłam do niego na spokojnie, podając informacje.

Dr Bernes: Jeszcze z jakieś dwa tygodnie i kończyny zregenerują się. Problem w tym, że może być konieczna rehabilitacja. To już zależy czy nie dojdzie do komplikacji?
Virgil: Jakich na przykład?
Dr Bernes: Poza bezwładem może być problem z osobowością. W jej głowie oraz blisko serca znajdowały się bomby. Jednak nie martwmy się na zapas i będzie dobrze.
Virgil: Ale proszę nie ściemniać. Przyjmę wszystko i zrobię co się da, aby uniknęła tego najgorszego.
Dr Bernes: Cóż… Pożegnała się ze śmiercią. Jest z nami, dlatego nic złego jej nie spotka.

Podniosłam go na duchu, lecz przez niepokój Ho ponownie włączyłam dźwięk w mini słuchawce. Nieco się oddaliłam, pozwalając mężczyźnie na pobyt z córką.

Dr Bernes: Wybacz. Ojciec dziewczyny się pojawił. Musiałam cię wyciszyć.
Dr Yinsen: Przyjmuję przeprosiny.
Dr Bernes: No i… jak tam? Stabilny?
Dr Yinsen: Mam mało czasu, bo nadal jest niska saturacja.
Dr Bernes: Nie pozwól mu umrzeć.
Dr Yinsen: A jeśli on tego chce?

Zatkało mnie. Nigdy tak nie myślał. Zdecydowanie powinnam być przy nim i pomóc w tak ciężkiej ingerencji.

Dr Bernes: Gdyby Tony chciał tego, umarłby za pierwszym razem, a mimo to… nadal walczy.
Dr Yinsen: Wiele zniósł. Może lepiej…
Dr Bernes: Skończ! Nawet nie próbuj tego robić. Jest szansa, że przeżyje.
Dr Yinsen: Nikła.
Dr Bernes: Ale jest!

Teraz byłam przerażona. Czy on naprawdę chciał uśmierzyć ból chłopaka przez cichą śmierć? Zupełnie inny człowiek, którego poznałam. Nie mogłam być w szpitalu, wiedząc do czego byłby w stanie się posunąć. Na moment wyłączyłam dźwięk, podchodząc do pana Potts.

Dr Bernes: Mam pilny przypadek. Czy może pan tu zostać i w razie czego wezwać jakiegoś lekarza? Postaram się wrócić szybko.
Virgil: Dobrze. Raczej będzie spała, prawda?
Dr Bernes: Leki nie są wieczne. Nie może się obudzić.

Wzięłam swoje rzeczy i wybiegłam z budynku, błagając w duchu, że jeszcze nie było za późno na reakcję.

Rozdział 21: Czarno białe cienie

0 | Skomentuj
**Roberta**

Opowiadałam mu, dając dowód na istnienie wspaniałej przyjaźni między ich trójką. Takiej więzi nie da się tak łatwo zniszczyć. Cokolwiek się stanie zawsze będą razem. Piliśmy na spokojnie kawę. W milczeniu, lecz chyba oboje tego potrzebowaliśmy. Takiego czasu na chwilę namysłu.

Roberta: Jak się Pepper trzyma?
Virgil: Sama się obudziła, bo walczy. Jednak znowu ją uśpili ze względu na regenerację.
Roberta: Jest naprawdę silna. Poradzi sobie.
Virgil: A jak twoje dzieciaki?
Roberta: Tony dziś dostał wypis, a Rhodey już nie ma śladów po oparzeniach. Wszystko gra, chociaż długo nie wracają z tej fabryki.
Virgil: No wiesz. Nastolatkowie mają swoje sekrety.
Roberta: Może i mają, ale nie mogą mieć żadnych przede mną.
Virgil: Nie martw się. Co oni mogą mieć do ukrycia?

**Rhodey**

Lekarz zdołał jakoś ustabilizować Tony’ego, ale czas nadal działał na niekorzyść. Śmiertelnie się bałem, że umrze. Nie wyglądało to dobrze, a z każdą minutą czułem, jak go tracimy. Starałem się zachować stalowe nerwy. Gdyby nie obecność doktora Yinsena, wpadłbym w panikę.

Rhodey: Co teraz? Musi być operowany, prawda?
Dr Yinsen: Musi, ale boję się go stąd ruszyć. Czy tutaj są też narzędzia do chirurgii?
Rhodey: Chyba… Chyba tak.

Zacząłem szukać po szafkach, sprawdzając wszelkie zasoby medyczne w pomieszczeniu. Na szczęście było tego sporo. Zupełnie jakby część szpitala została przeniesiona do zbrojowni. Wyjąłem wszystko co mogłoby się przydać. Opatrunki, kroplówki, strzykawki, skalpele, nożyczki… Praktycznie każdy element do ingerencji. Mężczyzna nieco zaniemówił na ilość rzeczy.

Dr Yinsen: Jesteście bardzo przygotowani na każdą ewentualność. Moja obecność jest tutaj zbędna.
Rhodey: Co?! Nie! Nie może pan…
Dr Yinsen: Żartowałem. No nie zostawię was tu na pastwę losu. Powiedz swojej mamie, że Tony będzie operowany. Musi dowiedzieć się o tym teraz, bo potem…
Rhodey: Będzie za późno.
Dr Yinsen: Dokładnie tak. Wyjdź, a ja wszystko przygotuję.
Rhodey: A co do tajemnicy…
Dr Yinsen: To zostanie dla mojej wiadomości.

Uśmiechnął się ciepło, a ja wyszedłem powiadomić mamę. Pierwszy raz drżały mi ręce ze strachu. Powoli przejmował nade mną kontrolę. Dopiero kilka głębszych wdechów pozwoliło na wybranie numeru.
Gdy już usłyszałem jej głos, nieco się spiąłem. Jak jej przekazać tak trudne wieści? Niewykonalne. No dobra. Spokojnie, Rhodey. Doktorek liczy na ciebie.

Roberta: James, jesteś tam?
Rhodey: Mamo, ja… Ja muszę ci coś powiedzieć.
Roberta: Mówisz tak jakbyś zobaczył ducha. Co się dzieje?
Rhodey: Chodzi o Tony’ego.
Roberta: A dokładnie?
Rhodey: Zaraz będzie operowany.

Nie usłyszałem żadnej reakcji. Chyba też nie przeszło jej to przez gardło.

Rhodey: Mamo?
Roberta: Laboratorium? Tam jesteście?
Rhodey: Za długo… Za długo pracowaliśmy. Przepraszam. Ja… Boję się, mamo. Może… Może tego nie przeżyć.
Roberta: Już tam idę, ale zgadzam się na to. Niech go ratuje.

Nie powiedziałem nic. Po prostu straciłem możliwość mowy przez wszechobecny strach. Podszedłem do lekarza na chwilę. Już był przygotowany z narzędziami oraz całym asortymentem. Tony leżał na wpółżywy. Wyglądał okropnie.

Rhodey: Mama wie.
Dr Yinsen: To dobrze. Bądź z nią i nie bój się. Zrobię co mogę, choć sam mam ograniczone możliwości. Doktor Bernes pilnuje Pepper, więc muszę cię o coś poprosić.
Rhodey: T… Tak?

Mój głos zadrżał z przerażenia.

Dr Yinsen: Może pojawić się taki moment, że będę potrzebował twojej pomocy. Czy będziesz w stanie mi jej udzielić?
Rhodey: Muszę, bo… tu stawka jest wysoka.
Dr Yinsen: W takim razie czekaj w pogotowiu za drzwiami.

Znowu zamilkłem. Usiadłem przed salą, zaś mama weszła do środka. Zapomniałem zamknąć drzwi. Wstałem jak porażony, naprawiając swój błąd. Potem już tylko siedziałem. Mogłem tylko czekać.

**Ho**

To był jakiś cud. Miałem wszystko pod ręką bez konieczności zabierania go do szpitala. Mimo wszystko, ryzyko wciąż pozostało takie same. Mogłem otworzyć Tony’ego już na dobre. Mógł mi umrzeć na stole nawet przez jedno cięcie. Potrzebowałem wsparcia z zewnątrz. Zadzwoniłem do Victorii, zakładając mini słuchawkę.

Dr Yinsen: Victorio, słyszysz mnie?
Dr Bernes: Tak, Ho. Jestem przy telefonie. Co tam masz?
Dr Yinsen: Zaraz otworzę Tony’ego.
Dr Bernes: Cholera! Poza szpitalem? Nie widziałam, żebyś wrócił.
Dr Yinsen: Nie mam wyboru. Czas ucieka i może znowu serce się zbuntować. Wspomagacz się zwęglił, więc i on zaraz zrobi na złość. Jednak mam zastępczy rozrusznik. Powinien pomóc utrzymać chłopaka przy życiu przez najbliższe lata.
Dr Bernes: I tak może umrzeć.
Dr Yinsen: Powiesz mi jak sporządzić mieszanki. To będzie chyba moja najgorsza operacja w życiu.
Dr Bernes: Ale nie ostatnia.

Niby chciała jakoś podnieść na duchu, choć czułem, że zawiodłem. Zawiodłem jako przyjaciel Howarda. Nasza technologia właśnie zabijała jego syna. Wziąłem kilka wdechów, chwytając za skalpel.

Dr Yinsen: Nie chcę nawet myśleć co będzie, jeśli umrze.
Dr Bernes; Po prostu skup się, aby tak się nie stało, dobra? Jesteś tam i wiesz co robić. Ja ci na odległość spróbuję też udzielić wsparcia, ale nie jestem twoimi oczami. Musisz poradzić sobie sam.
Dr Yinsen: I to jest najgorsze, Victorio.

Pierwszy raz w życiu zacząłem się modlić. To już był szczyt mojego załamania. Błagałem, żeby chociaż ten na górze pomógł mu w walce, a mi dał siły, żeby zaprowadzić dzieciaka na właściwą drogę.

Dr Yinsen: Zaczynam.

Rozdział 20: Ostatni bohater

0 | Skomentuj
**Rhodey**

Cholera. Nie wiedziałem, jak to ubrać słowa. Lekarz nie mógł się dowiedzieć o Iron Manie. Musiałem coś wymyślić, a bałem się o Tony’ego. Mama nas zabije za powtórkę z rozrywki.

Dr Yinsen: To dowiem się wreszcie? Im dłużej będziesz milczał, tym szybciej możemy szykować mu trumnę.
Rhodey: Proszę już nie żartować!
Dr Yinsen: Ale ja wcale nie żartuję. Wszystko do tego zmierza.
Rhodey: Ja… Ja naprawdę nie wiem.
Dr Yinsen: Okej. To ja mu już nie pomagam.

Zaczął zbierać rzeczy. To jakaś kpina. Naprawdę chciał zostawił go na śmierć? Nie mogłem na to pozwolić. Zatrzymałem doktora, blokując mu wyjście.

Dr Yinsen: Chłopcze, mam też innych pacjentów. Nie będę tracił czasu na kłamców.
Rhodey: Tony to Iron Man.

Od razu się zatrzymał i patrzył na mnie z niedowierzaniem.

Dr Yinsen: Czyli on…
Rhodey: Tak.
Dr Yinsen: O ja pierdziele!
Rhodey: Nawet mama o tym nie wie. Proszę tego nie mówić i mu pomóc. Ja nie chcę, żeby umarł.
Dr Yinsen: To wiele tłumaczy. Latanie w zbroi przeciąża serce, a same prace przy ich naprawie powodują kolejne problemy. Przemęczenie, mała ilość snu i stres.

Ponownie podszedł do niego, mierząc wszystko co potrzeba. Patrzyłem w milczeniu. Jednak odczułem ulgę. Może w ten sposób szybciej mu udzieli pomocy. Myślałem, jak pomóc.

Rhodey: Mam coś przynieść?
Dr Yinsen: Znajdź coś o sporej mocy. Jakiś zasilacz. Jeśli jest Iron Manem, to musi mieć coś w zanadrzu.
Rhodey: Poszukam.
Dr Yinsen: Tylko się pospiesz!

Nie musiał dwa razy powtarzać. Natychmiast pobiegłem do części roboczej, szukając czegoś co mogłoby wspomóc implant.

**Ho**

Musiałem go wygonić, żeby nie patrzył co robię. Wyjąłem elektrody, przykładając je do klatki piersiowej. Nastąpiło wyładowanie. Nie czekałem za długo na efekty. Zauważyłem zmiany, gdyż pojawiły się skoki w pulsie.

Dr Yinsen: Masz chore serce i zbawiasz świat. Za dużo komiksów czytałeś, Tony.

Kolejne użycie specjalnego defibrylatora nieco poprawiło stan tego gamonia. Na wszelki wypadek podałem coś na wzmocnienie. Nie wiedziałem jak długo jego serce wytrzyma z tak słabym implantem.
Po kilku minutach wbiegł Rhodey z jakimś ustrojstwem. Świeciło się jakby miało w środku kylit. Zastanowiło mnie to trochę.

Dr Yinsen: Co to jest?
Rhodey: Zapasowy rdzeń do zbroi.
Dr Yinsen: Genialne!
Rhodey: Słucham?
Dr Yinsen: To może mu zastąpić implant.

Wziąłem od niego część z pancerza. Pasowała idealnie jako zastępcze źródło do podtrzymywania życia. To była dobra wiadomość, lecz została i ta zła.

Dr Yinsen: Spróbuję go zabrać do szpitala i tam zoperować. Tylko, że twoja mama musi wyrazić zgodę na zabieg.
Rhodey: Ale… Ale przecież to sytuacja krytyczna. Nie musi wiedzieć o tym.
Dr Yinsen: Po części masz rację, lecz chodzi też o coś innego.
Rhodey: O co?

Popatrzył na mnie przerażony.

Dr Yinsen: Trzeba liczyć się z konsekwencjami. Tydzień temu był operowany i dobrze wiesz, że…
Rhodey: Może nie przeżyć.
Dr Yinsen: Dlatego twoja mama musi wiedzieć o tym.

**Roberta**

Siedziałam sobie dość spokojnie, oglądając telewizję. Było bardzo cicho w domu, a dość długo siedzieli w laboratorium. Ostatnimi czasy często tam siedzą. Ciekawe co tam wyprawiają.
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie wiedziałam kto to mógł być, więc ostrożnie zerknęłam przez wizjer. Otworzyłam, widząc Virgila.

Virgil: Musimy pogadać.
Roberta: No to wejdź.

Wszedł do środka, a ja go zaprowadziłam do salonu. Zaparzyłam po kawie, siadając do stołu. Podałam też jakieś ciastka. Widziałam, że był spięty.

Roberta: Co się dzieje, Virgil? Mi możesz wszystko powiedzieć.
Virgil: Chciałbym cię bardzo przeprosić, Roberto.
Roberta: Za co?
Virgil: Wiem, że Whiplash zaatakował twoje dzieci. Na pewno przez to, że mają znajomość z Pepper.
Roberta: Hej. To nic takiego. Ja jestem prawnikiem i widzisz, że też lekko nie mają. Czasem się boję, iż któryś z osadzonych się zemści, raniąc ich.
Virgil: Nie chcę, żebyś mi miała za złe, bo trafiają do szpitala. Może… Może po prostu niech zerwą z nią kontakt.
Roberta: Żartujesz sobie?! Odkąd ją poznali, są bardziej żywi. Tony mało, kiedy przypomina sobie ból z wypadku! Oboje są szczęśliwi! Nawet nie wiesz, jak się cieszą, że Pepper się odnalazła. Nie widzą bez niej życia.

Chyba się zdziwił, bo aż znieruchomiał. Nie kłamałam. Naprawdę ich życie się zmieniło po poznanie tej gaduły. Zdecydowanie zmieniło się na lepsze.

**Ho**

Nawet nie zdążyłem zadzwonić do Roberty, bo stan chłopaka znowu się pogorszył. Zaczął się dusić, więc musiałem go podpiąć do respiratora. Czas się kończył i coraz bardziej miałem obawy co do dalszych posunięć.

Rozdział 19: Nic już nie ma znaczenia

0 | Skomentuj
**Victoria**

Musiałam wyprosić ojca dziewczyny z sali, żeby zapewnić jej ciszę i spokój. Tak jak mogłam przypuszczać. Każde takie przebudzenie spowalniało proces regeneracji, a nawet potrafiły całkowicie go zatrzymać. Nie musiałam się z nim siłować, dlatego razem z Ho sprawdzaliśmy wszelkie pomiary.

Dr Bernes: Nie przerwało odbudowy kończyn, ale jest wolniejsze.
Dr Yinsen: Mogliśmy ją znowu intubować. Co to za problem?
Dr Bernes: Ona i tak już wiele wycierpiała, Ho. Po prostu na wszelki wypadek dostanie mieszankę ze środkami nasennymi.
Dr Yinsen: Tylko, że nie możemy tego podawać cały czas. Trzeba przyspieszyć proces.
Dr Bernes: Jakieś pomysły?
Dr Yinsen: Biowspomagacz podany w formie kroplówki mógłby coś zdziałać.
Dr Bernes: W takim razie przygotuj, bo może naprawdę pomóc.

Poprosiłam, spisując parametry. Spała dość spokojnie. Nie chciałam sprawiać jej więcej bólu, a przez brak pacjentów na toksykologii mogłam siedzieć i pomóc Ho. Ciekawe jak trzymał się Tony. Może nie wpadł w żadne kłopoty. Tak dla odmiany.

**Rhodey**

Nie wiedziałem co robić. Tak nagle padł nieżywy na podłogę. No dobra. Jednak żył, ale puls był bardzo słaby. Ledwo go wyczuwałem. Konieczny był szpital. Tylko, że jeszcze dziś z niego wyszedł. Znowu byłby przykuty do łóżka. Przeniosłem brata do pomieszczenia medycznego. Może jednak jakoś opanuję sytuację.

Rhodey: Musiałeś tak szaleć. Po prostu musiałeś.

Zadzwoniłem do lekarza. Potrzebowałem wiedzieć jakie mogłem podać leki. Wybrałem numer.

**Ho**

Podałem chorej kroplówkę z biowspomagaczem. Wszystko wyglądało na to, że do żadnych niespodzianek nie dojdzie. Dla pewności kontrolowaliśmy ją na zmianę.

Dr Yinsen: Chyba dziś szybciej wyjdę z pracy.
Dr Bernes: Kuszące, bo myślałam o tym samym. Jednak ona nie może być sama.
Dr Yinsen: Jak na razie zmiany po kilka godzin. Myślę, że to… wystarczy.
Dr Bernes: Ho?

No jasne. Ktoś musiał się dobijać na mój numer. Ciekawe kto. Odebrałem bez sprawdzania kontaktu.

Dr Yinsen: Mówi Ho Yinsen. W czym mogę pomóc?
Rhodey: Potrzebuję pomocy!

Jasna cholera! Chyba się zastrzelę. Ten głos nie brzmiał optymistycznie.

Dr Yinsen: Błagam. Powiedz mi, że nie chodzi o Tony’ego.
Rhodey: Chciałbym, ale nie. Jego serce słabnie. Mam jakieś leki, ale nie wiem co podać!

Ja pierdolę. No i tyle z krótszej roboty. Kiedyś tego chłopaka za skórę powieszę jak wcześniej nie zejdę na zawał. W co on się takiego bawił, że znowu serce nie domaga? Powiedział mi jakie widzi odczyty z bransoletki i dzięki tym danym podałem mu nazwę leku.

Dr Yinsen: Masz coś takiego w apteczce?
Rhodey: Mam, mam.
Dr Yinsen: Tych leków normalnie nie sprzedają. Zresztą, nieważne. Podaj mu to, a ja zaraz tam przyjadę i rozeznam się czym się bawił.
Rhodey: Chyba znowu porażenie. Nie wiem, bo… Bo to co ma obok implantu ciągle go pieściło prądem.
Dr Yinsen: No to bardzo niedobrze. Zaraz tam będę.

Tyle powiedziałem, rozłączając się. Victoria była gotowa do rzucenia pytań, a ja jedynie przewróciłem oczami. Wiedziała co to znaczyło. Zabrałem swoje rzeczy, jadąc na miejsce. Tony kiedyś pomagał przy tworzeniu sal medycznych, więc pewnie znajdowali się w jego laboratorium. Dojechałem tam z dziesięć minut, aż mogłem zaparkować przed fabryką. Wszedłem do środka. Nie znałem kodu do drzwi, więc postukałem w metal. Dość szybko ktoś się pojawił.

Dr Yinsen: Prowadź. Mamy mało czasu.
Rhodey: Pan jest zły?
Dr Yinsen: No po prostu skaczę z radości!

Odparłem ironicznie, idąc do pomieszczenia, w którym leżała ta fujara. Podpiąłem go do przenośnego monitora, badając funkcje życiowe.

Dr Yinsen: Czy on wie, że może kolejnej operacji nie przeżyć? Mało tego nie ma zastępczego implantu.
Rhodey: Mówiłem mu, ale on swoje! Chwila… Nadal nie ma?
Dr Yinsen: Spokojnie, Rhodey. Spróbuję mu jakoś pomóc.

Przysłuchałem się biciu serca, które ledwo działało. Wszystko wyglądało jak na drugie porażenie prądem. Wspomagacz do rozrusznika był wręcz zwęglony.

Dr Yinsen: Nie mam dobrych wieści.
Rhodey: To znaczy?
Dr Yinsen: Ruszyć go stąd nie mogę, bo może się zatrzymać. Poza tym, szanse na przeżycie kolejnej operacji są bardzo niskie. Czy wasza mama o tym wie?
Rhodey: Nie… Właśnie nie wie, ale to… To jest dziwne, bo przecież Whiplashem była Pepper. Jakim cudem oberwał prądem?
Dr Yinsen: Być może ten ktoś, który chciał nas wszystkich wysadzić w powietrze.

Zasugerowałem, podając leki na wzmocnienie serca. Próbowałem jakoś mu pomóc. Jakkolwiek, choć tylko odkładałem to co nieuniknione. Usiadłem tylko, czekając na wyjaśnienia.

Dr Yinsen: Będę tutaj, ale nie pomogę mu, jeśli nie dowiem się co dokładnie się stało.
Rhodey: Ja… Ja sam nie wiem.
Dr Yinsen: Dziecko, masz mnie za idiotę?! Ktoś go zaatakował! To widać! Powiedz mi z kim walczył?

Próbowałem mówić w miarę opanowanie, bo wiele przypadków mi się zdarzało leczyć. Bałem się, że tym razem moja pomoc będzie niewystarczalna.

Rozdział 18: Tutaj nie ma żadnych granic

0 | Skomentuj
**Rhodey**

Obserwowałem wszelkie funkcje zbroi oraz pilota w środku. Miałem tylko nadzieję, że wróci cały i zdrowy. Ten wspomagacz nie powinien tak ciągle atakować. Może to przez zmęczenie. Sam nie byłem tego pewny. Bałem się o niego, dlatego ani na chwilę nie odchodziłem od fotela. Ciągle czuwałem, spoglądając na wykresy.

Rhodey: Tony, słyszysz mnie?
Tony: Słyszę głośno i wyraźnie. Właśnie doleciałem do portu.
Rhodey: Bądź ostrożny, dobra? Te wyładowania mogą się znowu powtórzyć.
Tony: No cóż… Takie ich zadanie. Mają pomóc implantowi pobudzać serce. Trochę musi poboleć.

Nie lubiłem jak tak sobie żartował. Sprawdzałem wszystko. I to niemal co minutę. Całą ciszę przerwał alarm. Pojawiła się sygnatura wroga. Niemożliwe.

Rhodey: Tony, ty widzisz…

Nie dokończyłem, bo zerwało kontakt. Cholera. Co tam się dzieje? To nie może być on.

<<Brak kontaktu z użytkownikiem>>

Rhodey: Sprowadź go do zbrojowni! Już!

<<Błąd. Nie da się wykonać polecenia>>

Rhodey: Komputerze, czy można przejąć zdalne sterowanie?

<<Odpowiedź negatywna. Ta funkcja zbroi została wyłączona>>

Wyłączona? W co on się bawił? Chyba nie postrzeliło go walczyć samemu? Musiałem zapanować nad strachem i pomyśleć jak mu pomóc.

**Tony**

Myślałem, że miałem zwidy. Jednak nie myliłem się. Ani mój system nie popełnił pomyłki. To był Whiplash. Tyle, że jeszcze inny niż za pierwszym czy drugim razem.

Tony: Fix, coś ty ze sobą zrobił?!
Mr. Fix: Niełatwo cię zniszczyć, Iron Manie. Sam się tym zajmę, ale moim celem jest siedziba FBI. Ty jako przeszkoda zaraz zostaniesz usunięty.
Tony: Nie będziesz już krzywdził niewinnych ludzi.
Mr. Fix: Jakoś nie przejmuję się tym, Anthony Starku.
Tony: Co?!

Zatkało mnie. Skąd on wiedział kim jestem? To się robiło coraz bardziej pokręcone. Na domiar złego oberwałem bombami, aż przebiłem się przez jeden budynek. Poprawka. Dwa budynki i dość boleśnie uderzyłem o asfalt jezdni. Ledwo czułem plecy.

Mr. Fix: Wygląda na to, że szpital ocalał, prawda? Jednak wszystko się może zmienić.
Tony: Nie możesz sobie darować, Fix? Po co ci to do szczęścia? Mścisz się za swojego sługę?
Mr. Fix: Nie, dzieciaku. To nie zemsta.

Znienacka oberwałem pociskami z piły tarczowej. Znowu ten ból. Chyba kiedyś poza sercem to kręgosłup mi złamie. Powoli wstawałem, przechodząc do ofensywy. Uderzyłem z repulsorów.

Mr. Fix: Jesteś słaby.

Odbił mój promień i ponownie ucałowałem glebę. Mimo wszystko podniosłem się dość powoli. Nie zamierzałem mu dać satysfakcji z wygranej. Nie tak szybko.
Kiedy miałem zaatakować kolejną wiązką promieni, odezwał się rozrywający ból w klatce piersiowej. Zgiąłem się w pół, próbując oddychać.

Mr. Fix: Gdybyś tylko wtedy nie mieszał się w moje sprawy i nie zniszczyłbyś Whiplasha, darowałbym ci życie.

Nawet nie zdążyłem zareagować, bo zbroję oplótł biczami. Większego ładunku już być nie mogło. Podwójne porażenie, a ja nic nie mogłem zrobić.

Mr. Fix: Odpuść sobie. I tak nie ochronisz swojej rodziny. Już po nich. Kiedy z tobą skończę, zajmę się nimi.
Tony: Nie… docze… kanie.

Ledwo mogłem mówić, bo przez ból nie mogłem prawidłowo oddychać. Dawno nie czułem się tak okropnie. Wyprostowałem się, zaś siłą impulsu elektromagnetycznego rozwaliłem bicze. Od razu poleciał ode mnie na spory dystans. Nie wystarczyło mi to. Chciałem zakończyć ten koszmar. Przekierowałem całą moc do unibeamu.

Tony: Jakieś… sło… wa na poże… gnanie?
Mr. Fix: Nie skończyłem.

Uśmiechnął się, strzelając z kolejnej serii pocisków. Krzyknąłem przez cierpienie ciała. Pomimo użycia pola siłowego cała bariera pękła, a ja ponownie zaliczyłem parę wieżowców, przebijając się dotkliwie przez jego ściany. Nie potrafiłem się ruszyć. Wspomagacz kopał energią, bo implant coraz bardziej słabł. Byłem na rezerwach. Zamglonym wzrokiem spojrzałem na drania. Chyba chciał zobaczyć, czy umarłem.

Mr. Fix: Mówiłem ci, że jesteś słaby.
Tony: Czyżby?
Mr. Fix: No co zrobisz? Już po tobie. Przegrałeś.

Uśmiechnąłem się złowrogo pod maską, uderzając z mocy napierśnika. Cała energia drastycznie spadała. Ryzyko się opłaciło, gdyż Fix płonął.

Tony: Za… bierz mnie… do… zbro… jowni.

Ostatkami sił wypowiedziałem komendę, aż uniosłem się nad ziemią, znikając z ogromną prędkością. Z trudem utrzymywałem przytomność.
Po dotarciu do laboratorium wypadłem z pancerza wprost na podłogę. Rhodey już w panice musiał zareagować.

Rhodey: Czemu mnie wyłączyłeś?!
Tony: Mu… sia… łem.
Rhodey: Cholera! Coś ty ze sobą zrobił?! Ty wiesz, że możesz kolejnej operacji nie przeżyć?!

Po raz kolejny pokazał jak bardzo się bał. Olałem jego krzyki, bo bezsilnie zemdlałem.

Rozdział 17: Pustka

0 | Skomentuj
**Tony**

Z jakąś godzinę naprawialiśmy zbroję, ale było warto. Wyglądała jak nowa. Rhodey nalegał na jakiś bardzo rozsądny plan z uniknięciem ryzyka. Ciężko coś takiego wymyślić, chociaż Fix został sam. Nie miał żadnego sługi. Usiadłem na fotelu, sprawdzając jego ostatnie kryjówki. Rhodey od razu podszedł, aby też poszukać.
Gdy tak przyglądałem się współrzędnym, usłyszałem dźwięk jakby ktoś wpisał błędny kod.

Tony: Kogo tu niesie?
Rhodey: Nie wiem.
Roberta: JAMES, JESTEŚCIE TAM?

Cholera. Roberta. No to się doigraliśmy. Nigdy tu nie przychodziła. Co ją tak naszło? Pierwsza myśl jaka mnie naszła to wyjście ze zbrojowni. Na wszelki wypadek ukryłem zbroję pod białą płachtą.

Tony: Ja się jej boję, Rhodey.
Rhodey: Ej! Wiem, że czasem jest przerażająca, ale będzie dobrze. Pewnie już pora obiadu.
Tony: Może masz rację.
Rhodey: To tylko moja mama. Spokojnie.
Tony: Ty tylko tak mówisz.
Rhodey: No już. Nie pękaj.

Gdyby mnie nie holował do wyjścia, nawet bym się nie ruszył. Odblokowałem drzwi, aż rzuciło się na mnie spojrzenie Roberty. Było coś w stylu „Macie przechlapane”. Szukałem jakiejś ucieczki czy uniku od rozmowy. Nieco się spiąłem na myśl o przesłuchaniu.

Roberta: Obiad, chłopcy, bo zaraz wam wystygnie.

Byłem w szoku. Tylko to nam powiedziała i poszła sobie. Dziwne. Wymieniliśmy się pytającymi spojrzeniami, a następnie udaliśmy się na posiłek.
Kiedy miałem już otworzyć drzwi, zatrzymałem się w miejscu. Poczułem spory ucisk, aż chwyciłem się za klatkę piersiową, oddychając nerwowo.

Rhodey: Hej. Wszystko gra?
Tony: Przemęczenie. To… nic.
Rhodey: Mogliśmy zrobić jakąś przerwę, Tony. Przepraszam.
Tony: Nie szkodzi.

Uśmiechnąłem się słabo i przekroczyliśmy próg drzwi. Umyliśmy ręce, a potem zasiedliśmy do stołu. Jedliśmy w milczeniu. Żadnych słów. Nawet spojrzeń. Zupełnie nic. Takiej ciszy dawno nie było, choć obecnie do przyjemnych nie należała. Zjadłem tylko połowę talerza. Na więcej nie miałem ochoty.

Roberta: I tyle ci wystarczy do wieczora?
Tony: Pewnie. Żaden problem.
Rhodey: Idziesz do laboratorium?
Tony: Muszę, bo wiesz… Ładowanie.

Wskazałem mu na umiejscowienie implantu. Od razu dokończył w pośpiechu swoją porcję. Poszliśmy ponownie do fabryki. Wstukałem odpowiedni kod, wchodząc do środka. Wziąłem ładowarkę do ręki, podpinając do niej rozrusznik. Leżałem, czekając na koniec procesu. Byłem naprawdę zmęczony.

Rhodey: Marnie wyglądasz. Naprawdę mogłem cię odciągnąć od tego, a tego nie zrobiłem.
Tony: Oboje chcemy dorwać tego drania. Chcemy sprawiedliwości dla niej.
Rhodey: I ją dostanie, ale musisz się oszczędzać.
Tony: Doktorek dał mi jakiś wspomagacz, który pieści jak cholera. Co chwilę mnie skubany kopie.
Rhodey: No masz za swoje.

Zaśmiał się, a ja tylko go rzuciłem poduszką. Leżałem tak przez jakąś godzinę, aż na bransoletce wyświetliło się sto pełnych procent energii. Wstałem, odpinając się od ładowarki. Założyłem koszulkę i podszedłem do wyrzutni ze zbroją.

Rhodey: Teraz chcesz go gonić?
Tony: Im szybciej, tym lepiej. Ja mu nie odpuszczę. Nie po tym co jej zrobił.

Tyle powiedziałem, uzbrajając się w pancerz. Wyleciałem z bazy, zaś współrzędne wskazywały na port.

Tony: Idę po ciebie, draniu.

**Pepper**

Coś mnie ciągnęło w dół, lecz zdołałam znaleźć w sobie siły i wydostać się z tej otchłani. Oślepiło mnie światło, lecz nie mogłam powiedzieć jak to pali w oczy. Miałam coś w gardle. Dusiłam się. Obok siebie dostrzegłam tatę. Z tej radości wypłynęły łzy. Był tutaj. Nie straciłam go.
Nagle ktoś podbiegł do mnie i zaczął wyjmować to badziewie. Głęboko oddychałam, uspokajając się. Czułam jego rękę. Jednak położył ją na moim barku. Dopiero wtedy zauważyłam brak rąk oraz nóg.

Pepper: Ta… to?
Virgil: Już dobrze, skarbie. Wszystko się jakoś ułoży.
Pepper: Co się stało?!
Dr Bernes: Za szybko się obudziła. Właśnie przeżywa szok.
Pepper: Tato!

Krzyczałam, lecz miałam wrażenie, że nikt mnie nie słuchał. Byłam śmiertelnie przerażona. Gdybym mogła, uciekłabym stąd.
Po chwili pojawiła się kolejna osoba. Mężczyzna w okrągłych okularkach. Ten sam, którego… skrzywdziłam? Powoli przypominałam sobie co się wydarzyło.

Virgil: Pepper, słyszysz mnie? Już dobrze.
Dr Yinsen: Uspokój się, bo cię uśpię.

Nie potrafiłam się uspokoić. Oddychanie sprawiało mi ból. Całe ciało cierpiało. Nie wiedziałam co mi zrobili, bo odpłynęłam do kolejnej czarnej dziury.

**Ho**

Dziewczyna była naprawdę przerażona, a jej przebudzenie mogło zakłócić proces regeneracji. Z tego też powodu podałem sporą dawkę środków nasennych z uspokajającymi. Victoria przyglądała się maszynie od regeneracji, zaś ja spisałem odczyty z kardiomonitora.

Virgil: Co to było?
Dr Yinsen: To szok. Powoli rozumie przez co przeszła.

Podałem chorej maskę tlenową dla ułatwienia oddychania oraz zmieniłem bandaże. Dobrze, iż miała siły do walki, lecz przez poprzednie przebudzenie utrudniała sobie powrót do domu.

Rozdział 16: Wiem, że masz rację

0 | Skomentuj
**Ho**

Mój dyżur się jeszcze nie skończył, dlatego poszedłem zorientować się jak miała się sytuacja z Virgilem Potts. Może jego stan poprawi się, kiedy tylko dowie się o odnalezieniu córki. Victoria wykonywała potrzebne skany do wykonania konstrukcji protez, więc mi pozostała jedynie reszta pacjentów.
Nagle wpadłem na Robertę, która wylała na mnie kawę. Nie przejmowałem się plamą na kitlu lekarskim.

Roberta: Najmocniej przepraszam. M… Mogłam bardziej uważać.
Dr Yinsen: W porządku, Roberto. Czy wyglądam, jakby był zły?

Uśmiechnąłem się do niej ciepło.

Dr Yinsen: Zabierz Rhodey’go do domu. Niech odpocznie.
Roberta: Już po wszystkim?
Dr Yinsen: Ma zagojone rany, a reszta zostaje. Pepper potrzebuje zregenerować siły, a Tony nie może szaleć.
Roberta: Bo się przeciąży?
Dr Yinsen: Dokładnie, dlatego idź po swojego syna, a ja dopilnuję reszty.
Roberta: Dziękuję, doktorze.
Dr Yinsen: Taka praca. Poza tym, czego się nie robi dla przyjaciół?

Uśmiechnąłem się i poszedłem do sali agenta. Już odłączali go od aparatury. Sprawdziłem co dokładnie się działo. Wyjaśnili w skrócie, że właśnie się obudził. Zbadałem go i faktycznie wracały mu siły. Podałem mu maskę tlenową dla ułatwienia oddychania, zaś ilość maszyn przy łóżku się zmniejszyła.

Dr Yinsen: Może pan niczego nie pamiętać, ale to wina wypadku. To znaczy pana… misji.
Virgil: Wiem.
Dr Yinsen: Pańska córka też tu leży, ale na innym oddziale.
Virgil: Co… się stało…z nią?
Dr Yinsen: Doznała sporych obrażeń, lecz jest stabilna. Proszę się o nią nie martwić. Wszystko gra. Teraz nalegam na odpoczynek, panie Potts.

Zmieniłem opatrunki oraz spisałem wszelkie odczyty, życząc powrotu do zdrowia. Zerknąłem do jeszcze innych sal, aż uznałem, że czas na sen. Udałem się do pokoju lekarskiego, gdzie odłożyłem kitel, narzędzia i zasnąłem na kanapie.

~*Tydzień później*~

**Tony**

Otrzymałem wypis do domu. Tak bardzo się cieszyłem, że wreszcie mogłem opuścić to przeklęte miejsce. Jednak Pepper nadal musiała tu zostać ze względu na swój stan. Brak rąk i nóg. Nie da się tak żyć.
Kiedy pożegnałem się z lekarzem, który wypisał mi nowe zalecenia przez wspomagacz do implantu, wróciłem z Robertą do domu. Od tych kilku dni nic a nic się nie zmieniło. Wszystko było na swoim miejscu. Postanowiłem odświeżyć się, a następnie udać się do zbrojowni. Tam jak zwykle musiałem przejrzeć raporty o aktywności przestępczej.

Rhodey: Nie dasz sobie z tym spokoju, co?
Tony: Nie ma mowy. Fix musi dostać za swoje. Zapuszkuję go.
Rhodey: Dopiero wyszedłeś ze szpitala. Chyba upadłeś na mózg, jeśli chcesz go teraz szukać.
Tony: A może upadłem. Nie wiem. Wiem tylko, że Pep nie zasłużyła na taki los.
Rhodey: Przecież dadzą jej nowe kończyny.
Tony: To nie to samo!

Nieco podniosłem ton, choć tego nie chciałem.

Tony: Przepraszam, Rhodey.
Rhodey: Nie gniewam się. Rozumiem jakie to dla ciebie trudne. Oboje ją potraktowaliśmy nieodpowiednio.
Tony: Gdybym wcześniej wiedział…
Rhodey: Nie wiemy co tam dokładnie się stało, Tony. Każda misja agenta FBI wiąże się z ryzykiem.
Tony: Chciał, żeby stała się potworem. To… To gorsze od śmierci.
Rhodey: Tony…
Tony: Pomożesz mi? Muszę naprawić zbroję, bo w tej za bardzo nie powalczę.

Wziął tylko narzędzia i bez słowa czekał na moje polecenia. Uśmiechnąłem się, rozpoczynając proces napraw.

**Victoria**

Modele kończyn były gotowe, zaś tkanka regeneracyjna pomogłaby wykształcić je na podobieństwo do tych brakujących. Nikt nie poznałby różnicy. W wyglądzie, dotyku czy samym zapachu. Taka sama skóra oraz ciało.

Dr Yinsen: Wyjaśnij mi jeszcze raz co chciałaś zrobić? Wiem, że to moja działka, ale twój pomysł jest o niebo lepszy.
Dr Bernes: Po prostu trzeba umieścić cztery tkanki regeneracyjne w miejscu przerwań kończyn. Modele, które są szkieletem do brakujących części będą podpięte, a po skończonym procesie, usuniemy je. Potem zostanie zbadanie odruchów i tyle.
Dr Yinsen: I pomyśleć, że długo szukałem takiego geniusza jak ty.
Dr Bernes: O! Miło mi to słyszeć.
Dr Yinsen: Ale za bardzo nie myśli, żeby sobie pójść na łatwiznę.
Dr Bernes: Rany! Będziesz ciągle wracał do tej cholernej szlifierki?
Dr Yinsen: Eee… Tak.

Uśmiechnął się głupawo, aż go trzepnęłam w głowę. Wszczepiłam pierwszą tkankę, potem drugą, trzecią, aż została umieszczona ta ostatnia.

Dr Bernes: Przypinaj szkielet, mądralo.
Dr Yinsen: Oj! Co taka zła jesteś?
Dr Bernes: Przypinaj!

Nalegałam na posłuszeństwo, a sama skontrolowałam funkcje życiowe Pepper. Znikąd pojawiły się nierówne linie.

Dr Bernes: Co się dzieje?
Dr Yinsen: Mamy problem.
Dr Bernes: Jaki?

Na dowód pokazał mi szkielet, który po samym dotknięciu skóry zaczął razić prądem.

Dr Bernes: Załóż rękawice i już. Takich iskierek się boisz?
Dr Yinsen: Żeby tylko ciebie nie pokopało, Victorio.
Dr Bernes: Dobra. Koniec tych złośliwości. Pomóżmy jej.

Sama ochroniłam się przed możliwym porażeniem, montując elementy do odbudowy. Lekkie iskry poleciały, lecz nie przejęłam się tym. To były łaskotki.
Po jakimś kwadransie odczyty wróciły do normy. Zakończyliśmy montaż na czas, gdyż do drzwi zapukał ktoś z zewnątrz.

Dr Bernes: Dałeś mu już wypis?
Dr Yinsen: Jakoś wczoraj. Sprawdzałem wszystko, więc nie musi tu siedzieć. Zresztą, przydałby się jej ktoś do wsparcia.
Dr Bernes: Jesteś pewien, że to dobry pomysł? Widok nadal nie jest przyjemny.
Dr Yinsen: To ojciec tej rudej, czyli tak. Powinien tu zajrzeć.

Zauważyłam, jak otworzył mu drzwi, wymieniając się paroma ostrzeżeniami co do odwiedzin. Potem zaprowadził go do łóżka dziewczyny.

Virgil: Czy… Czy ona…
Dr Bernes: Wróci do zdrowia, ale co do pełnej sprawności trzeba jeszcze poczekać.

Wyjaśniłam na spokojnie, choć rokowania pokazywały nadzieję, że któregoś dnia stanie na nogi i będzie cieszyła się życiem jak dawniej.

Rozdział 15: Zachowaj zimną krew

0 | Skomentuj
**Tony**

Coś te leki doktorka długo mi nie dały snu. Miałem zbyt wielką chęć na odwet, aby Whiplash dostał to na co zasłużył. Widziałem obok siebie Rhodey’go. Był przerażony. Nie poznawałem go. Gdzie jego opanowanie?

Tony: Rhodey?
Rhodey: A ty nawet się stąd nie ruszaj!
Tony: Co się stało?

Mówiłem dość żywy, bo pewnie to coś obok implantu dodawało mi więcej energii. Widać, że to nie robota amatora. Cieszyłem się, że mogłem wstać z łóżka o własnych siłach. Mówić też, a do tego funkcjonować bez morfiny. Coś pięknego. Usiadłem na łóżku i już mnie skarcił.

Rhodey: Nie ruszaj się.
Tony: Muszę go dorwać, bo… Bo cię skrzywdził, rozumiesz?
Rhodey: Tony, to nie tak.
Tony: A te oparzenia? No raczej nie poparzyłeś się żelazkiem.
Rhodey: Nie.
Tony: Muszę go dorwać. Musi zapłacić za to co ci zrobił.

Wstałem na równe nogi, lecz na dźwięk maszyny wróciłem do siadu. Zapomniałem się odpiąć od tych kabli.
Gdy już to zrobiłem, założyłem bluzkę, zważając na rany pooperacyjne.

Tony: Nie zatrzymuj mnie. Ja to muszę zrobić.
Rhodey: Najpierw mnie wysłuchaj zanim polecisz na pewną śmierć, bo widzisz… Whiplasha już nie ma.
Tony: Jak to?
Rhodey: Tak naprawdę, to nigdy go nie było.
Tony: Rhodey, co ty mówisz?!

Byłem w szoku, aż oczy zrobiły wielki wytrzeszcz. O co mu chodziło?

Tony: Może… więcej słów?
Rhodey: To Pepper… Pepper była… Whiplashem.
Tony: Pepper?

Na same wspomnienie o przyjaciółce zrobiło mi się słabo, lecz zdołałem się jakoś utrzymać. Próbowałem to wszystko poukładać sobie w głowie. Niby ta walka była dziwna, bo się powstrzymywał, ale tego bym się nie spodziewał. Powoli układanka zaczęła stanowić całość.

Rhodey: Wiem, że to dziwne, ale… Ale widziałem jej twarz, a wcześniej chciałem… Chciałem ją zabić.
Tony: Nie wiedziałeś tego kto był pod maską.
Rhodey: Nie jestem mordercą! Poniosło mnie ze strachu, Tony. Poniosło.

Podszedłem bliżej brata i go przytuliłem jak na rodzinę przystało. Był roztrzęsiony i chyba pierwszy raz ja uspokajałem najbardziej opanowaną osobę na świecie.

Tony: Gdzie ona jest?
Rhodey: Tam.

Wskazał na drzwi za naszymi plecami. Doktorek próbował jej pomóc, dlatego nie bałem się. Bardziej strach pojawił się przez niepewność. Jaka będzie? Ile naszego rudzielca zostało? Czy będzie taka jak wcześniej?

**Victoria**

Z każdym cięciem skalpela wszelkie odczyty spadały coraz niżej, aż nie było wyczuwalne tętno. Przygotowałam sprzęt do defibrylacji, podając adrenalinę dożylnie. Ustawiłam wyładowanie.

Dr Bernes: Odsuń się. Strzelam.

Nie reagował na moje ostrzeżenie.

Dr Bernes: Ej! Wiem, że nie ogłuchłeś jeszcze na starość. Chcesz, żeby cię pokopało?
Dr Yinsen: Mamy problem.
Dr Bernes: Cholera! Jaki znowu?!

Wskazał na płytkę, którą podnosił do góry, a z nią pojawiły się przewody. Myślałam, że oszaleję. Ktoś się zabezpieczył. Trafiliśmy na drugą bombę.

Dr Yinsen: Nie jest włączona, ale defibrylator może ją aktywować.
Dr Bernes: Już nam schodzi! Co robić?!
Dr Yinsen: Uspokój się, Victorio. Ja chwycę za kable I przetnę, a ty podasz kolejną mieszankę. Tylko silniejszą.
Dr Bernes: Żeby jej rozerwało serce?
Dr Yinsen: Sama mówiłaś, że nam odchodzi z tego świata.
Dr Bernes: Nie łap mnie za słówka!

Poirytowana podałam większą dawkę połączonych substancji. Błagałam, żeby wytrzymała, choć było z nią bardzo krucho. Z przerażeniem spoglądałam na kardiomonitor. Jej serce zaczęło szaleć, doprowadzając do nienaturalnych uderzeń. Praktycznie pojawiały się ciągłe zmiany.

Dr Bernes: Błagam cię, Ho. Pospiesz się.
Dr Yinsen: A chcesz wybuchnąć? No właśnie.
Dr Bernes: Rozerwie ją.
Dr Yinsen: Poważnie? Czyli mam ci ją dać na pamiątkę?

Centralnie przy twarzy pochwalił się ładunkiem. Idiota. Te jego żarty kiedyś i mnie sprowadzą do grobu. Odłożył ładunek, a ja jedynie podałam coś na poprawę sytuacji.
Po kilku sekundach dostrzegłam prawidłowe odczyty. Odetchnęłam z głęboką ulgą.

Dr Yinsen: No i co? Trzeba było tak poganiać?

W odpowiedzi pacnęłam go w głowę.

Dr Yinsen: Au! Za co to?
Dr Bernes: Za cichy chód po ulicy.
Dr Yinsen: Dobra, dobra. Zszywajmy rany, a potem zajmijmy się protezami.
Dr Bernes: Na dziś mam dość.

Zszyłam ranę z czoła, zaś Ho zajął się szyciem klatki piersiowej. Zrobiło się tak spokojnie w sali. Ten błogi moment zakończenia tak trudnej walki o życie.
Gdy wszystko było opatrzone oraz zabandażowane, zabraliśmy ją tam, gdzie leżał Tony. Nie mieliśmy innego wyboru. Jak na złość zrobiliśmy to w bardzo złym momencie, bo chłopak nie spał.

Dr Bernes: Coś za słabe te twoje leki.
Dr Yinsen: O! Teraz mi się odgryzasz? Ładnie.
Dr Bernes: To za te żarciki i bomby.
Tony: B… Bomby?
Dr Yinsen: Tak. Wasza przyjaciółka mogła wybuchnąć z wami razem. Fajnie, nie?
Dr Bernes: Przywalę ci.

Byłam przygotowana na cios, lecz ochłonęłam i zabrałam chorą na oddzielne łóżko. Zasłoniłam parawanem. Nikt nie chciałby oglądać człowieka w takim stanie. Dziecka, które przeszło tak wiele, a to nie był koniec.

**Ho**

Chyba faktycznie za słabo go uśpiłem, skoro już chciał brykać po szpitalu. Nie mogłem mu na to pozwolić. Nie miałem sił, żeby się z nim szarpać, więc jedynie poprosiłem o posłuszeństwo.

Dr Yinsen: Nie dostałeś wypisu i przez tydzień jesteś uziemiony. Twój implant ledwo wspomaga twoje serce, dlatego dostał nowego koleżkę na prąd. Spróbuj mi tylko uciec, a leczyć cię będzie ktoś inny.
Tony: Naprawdę dobrze się czuję, ale Pepper…
Dr Yinsen: Najgorsze za nią. Teraz pozostała regeneracja utraconych kończyn. To potrwa, Tony, ale dotrzymasz jej towarzystwa, bo cię nigdzie nie puszczę.

Uśmiechnąłem się diabelnie, podając mu leki z większą dawką leków nasennych.

Tony: No nie może… pan mnie… u… spać.
Dr Yinsen: Właśnie to zrobiłem. Śpij, śpij.
Tony: Z… Zemszczę… się.
Dr Yinsen: W to nie wątpię.

Zaśmiałem się, a chłopak odpłynął do krainy snów. Ponownie podpiąłem go do maszyn, przykrywając kołdrą z jedynie odsłoniętą klatką piersiową. Musiałem mieć oko na implant.

Dr Yinsen: Musi odpocząć.
Rhodey: Ale będzie dobrze?
Dr Yinsen: Jeśli nie będzie przeciążał serca, to tak. Będzie. A jak z tobą?
Rhodey: Zagoiło się.

Wskazał na rany, których już nie było. Zero oparzeń. Przyjaciółka ma zdumiewające te wynalazki. I tylko pracuje na toksykologii? Ciężko w to uwierzyć.

Dr Yinsen: Twoja mama poszła po kawę?
Rhodey: Chyba tak.
Dr Yinsen: Chłopcze, nie ma sensu tu tkwić. Oni tu długą będą leżeć.
Rhodey: Ale chcę…. Chcę im dodać sił.
Dr Yinsen: To zrozumiałe, ale to niezdrowe tak spędzać całe dnie w szpitalu. Zresztą, już prawie dwudziesta. Pora spać.
Rhodey: Nie zasnę.
Dr Yinsen: Dlaczego?

Dopytałem z ciekawości, ale i też z niepokojem.

Rhodey: Za dużo się działo.
Dr Yinsen: Wyjąłeś mi to z ust.
© Mrs Black | WS X X X